czwartek, 11 lipca 2013

BITWA WARSZAWSKA. 1920, Stary Teatr, reż. Monika Strzępka (Kraków, VI 2013)

KONIEC Z OSKARŻACJONIZMEM!

Przyznam się, że nie widziałem „epickiego” filmu „Bitwa warszawska” w reżyserii Hoffmana. Wystarczyło, że zobaczyłem trailer i już miałem dość pompy, patosu i płaskich postaci. My, Polacy, nie potrafimy mówić o sobie, nie popadając w skrajności. Albo bezkrytyczne zapatrzenie i monumentalizowanie epizodów historii, albo próba negowania wszystkiego, co polskie i kojarzenie tego z zaściankowością. Dlaczego nie potrafimy się zdrowo zdystansować? Nie przeginać ani w jedną, ani w drugą stronę? Te pytania zadają Strzępka i Demirski w swoim najnowszym spektaklu „Bitwa warszawska. 1920”. Odchodzą od radykalnej krytyki istniejącego porządku. Z ciekawością przyglądają się jednemu z chwalebnych zwycięstw Polaków. I zadają kolejne pytania: dlaczego potrafimy się zmobilizować dopiero w ostatniej chwili do walki o wolność? Dlaczego nie wyciągamy wniosków? Bo przecież pokazują, że potrafimy zwyciężyć o wiele silniejszego przeciwnika.

„Bitwa warszawska. 1920” nie jest spektaklem historycznym. Na scenie spotykają się: Józef Piłsudski (Michał Majnicz), Feliks Dzierżyński (Marcin Czarnik), Władysław Broniewski (Juliusz Chrząstowski), czy duch Róży Luksemburg (Marta Ojrzyńska). Strzępka i Demirski stworzyli fantazję narodową. Rozpętali na Dużej Scenie Narodowego Starego Teatru burzliwą dyskusję o odrodzonej II Rzeczpospolitej. Razem z zespołem aktorskim Starego zastanawiają się, co nam ta wytęskniona niepodległość dała? Co dała Europie? Nie mają gotowej odpowiedzi. Są ostrożni, jak nigdy. Po jednej stronie polskości stawiają prawą stronę polskiej sceny politycznej, skondensowaną w postaci Pani Nudnej (Małgorzata Zawadzka), która, w mocnym i zabawnym jednocześnie, kilkunastominutowym monologu powtarza, jaka to jest nudna, powtarzalna, przewidywalna i jak nie wyciąga wniosków ze swoich błędów. Z drugiej pokazują Martę Ojrzyńską, która oprócz Róży Luksemburg jeszcze wciela się w Aktorkę kabaretową. Na pytanie o jej poglądy, odpowiada utartą formułką: „lewicowe”. A nie jest w stanie tego rozwinąć. Feliks Dzierżyński zarzuca, że jej odpowiedź jest bezrefleksyjna i banalna, co, jak zdają się mówić twórcy, stało się jakąś modą, przyjmowaną również bezkrytycznie, czyli zupełnie na opak.

Józef Piłsudski, jako przywódca narodu, jest bezradny i czeka, aż wszystko ułoży się samo. Co chwilę zmyka na polowy materac, żeby się zdrzemnąć i odsunąć od siebie moment podjęcia decyzji o przypuszczeniu ataku na nacierających bolszewików. Wielki patriota i poeta - Władysław Broniewski jest alkoholikiem, przez co staje się łatwą ofiarą ataków i dyskredytowania przez władzę. Chrząstowski wykreował go jako osobę zaangażowaną, tryskającą energią, przenikliwą, przyjazną, ale wobec której wszyscy dookoła są nieufni. Być może zazdrośni i nienawistni? 

Niestety „Bitwa warszawska. 1920” pełna jest dłużyzn, nudnych dialogów i monologów. Trzygodzinny spektakl ciągnie się i ciągnie, nie mogąc się skończyć. Mimo wielu genialnych, brawurowo zagranych, świetnie wyreżyserowanych, śmiesznych i przejmujących scen, w spektaklu znalazły się fragmenty po prostu o niczym, zwyczajnie zaburzające całość. Sam byłem bliski zaśnięcia co najmniej trzy razy. Aż chciałbym zawołać za futurystami, którzy na początku XX wieku postulowali: „po co pisać 100 stron o czymś, na co wystarczyłaby jedna?”.

Za to fenomenalni są aktorzy. Krzysztof Globisz, jako Witos (ale też Maxime Weygand i Ksiądz Skorupka) tryska niespotykaną energią. Już dawno nie widziałem Globisza w tak dobrej kreacji – spokojnej, wyważonej, ale w razie potrzeby wybuchającej niespożytą witalnością, wyrazistej i przejmującej. Fenomenalna  i wstrząsająca jest Dorota Pomykała jako Polska Mama. Brawurowo z tekstem Demirskiego poradził też sobie Marcin Czarnik, który ma swoje minirecitale i monologi. Dużym przeoczeniem byłoby nie wspomnieć o świetnej grze Marty Ojrzyńskiej, która swoją postacią nawiązuje do filmu Hoffmana. I tak na przykład pyta publiczność: „czy chcielibyście, żeby Natasza was tak zagrała?” – taka jednowymiarowość jest przecież robieniem krzywdy bohaterom Cudu nad Wisłą.


Czy spektakl jest oskarżeniem? Wylewem wściekłości? Nie. Raczej wstydu. „Bitwa warszawska. 1920” jest  zaproszeniem do udziału w dyskusji i zachętą do chwili refleksji, chociaż niestety nudną.




Recenzja opublikowana też na portalu

1 komentarz: